piątek, 20 kwietnia 2012

+1000PD


Dziś w nocy Magda postarzała się o kolejny rok, a dzień urodzin można spokojnie nazwać „pełnym przygód”. Jak się nad tym zastanowić, do można dojść do wniosku, że to jest właśnie to, czego Magda pragnie. Gdy w liceum grała w Role Playing Games i wcielała się w łotrzyka podróżującego po średniowiecznym świecie pełnym magii, często marzyła o tym jak by to było być poszukiwaczem przygód. Myślała sobie wtedy, że w tych czasach to już nie jest możliwe, jednak patrząc na to teraz, czy to nie jest właśnie to, co my robimy? Poszukiwanie przygód?
Po pysznym śniadaniu, które Tomek zrobił zanim jubilatka zdążyła wstać, Magda wzięła Collette i poszła na spacer w kierunku biblioteki, chciała sprawdzić prognozę pogody. Po drodze zatrzymała się w porcie, żeby podziwiać pięknego, czarnego łabędzia.


Gdy przechodziła uliczką na której mieszka Helmut zauważyła na ziemi małego ptaszka, jak podeszła bliżej okazało się, że maleństwo prawdopodobnie wypadło z gniazda, a z dziobka leci mu krew. W pierwszej chwili Magda nie mogła znieść tego widoku, cofnęła się o kilka kroków (Collette strasznie ciągnęła) i nie mogąc wytrzymać kolejnej trudnej sytuacji w tak krótkim czasie zaczęła płakać. Po chwili zobaczyła, że jacyś ludzie podeszli do ptaka i nogą(!) zaczęli go przesuwać na bok, pisklaczek przerażony nie mógł uciec, a ludzie najwyraźniej myśleli, że w ten sposób pomagają mu uniknąć śmierci pod kołami samochodu. Magda musiała działać szybko, przerwała nieudolne próby ratowania zwierzaka, przypięła Collette do najbliższego słupka i szlochając pobiegła do pierwszego lepszego sklepu po kartonik. Jedyne co dostała to było rozwalające się pudełko bez zamknięcia, ale musiało wystarczyć. Z ptakiem w jednej ręce, a smyczą ciągnącej Collette z drugiej Magda jakoś doszła do kampera. Gdy Tomek zobaczył ją płaczącą z pudełeczkiem w ręce pierwsze o co zapytał, to było „Kochanie, co się stało? Znalazłaś jakiegoś kotka?”
Ptaszek nie wyglądał dobrze, w zasadzie zdawało się, że nie przeżyje następnej godziny – jak się później okazało, był bardziej wytrwały. Pierwsze co przyszło nam do głowy to zadzwonić do informacji turystycznej i zapytać gdzie można takie zwierzę zawieźć. Powiedziano nam, że takimi sprawami zajmuje się policja. Telefonistka na komisariacie powiedziała, że przyjedzie radiowóz za dziesięć minut, jednak po dwudziestu nadal nikogo nie było. Zadzwoniliśmy jeszcze raz, po długiej rozmowie, w której okazało się, że pani zrozumiała, że ptak jest martwy(!) dowiedzieliśmy się, że jest teraz przerwa obiadowa i przed najbliższe 40 minut nikt nie przyjedzie. Wyciągnęliśmy też od telefonistki adres miejsca, do którego policja zawozi ranne ptaki, jednak nie mogliśmy znaleźć na mapie Localita San Giacomo. Znaleźliśmy za to San Giacomo, ta mała mieścina była gdzieś wysoko w górach, gdzie nie dojechalibyśmy naszym samochodem. Na skraju załamania Magda zadzwoniła drugi raz do informacji turystycznej, gdzie dostała telefon do straży pożarnej i do dwóch prywatnych weterynarzy. Strażacy nie mówili ani po angielsku ani po niemiecku, na szczęście weterynarz mówił, poinformował nas, że żadna prywatna osoba nie ma prawa zajmować się publicznymi zwierzętami i podał nam numer do publicznego weterynarza. Gdy zadzwoniliśmy do niego powiedział nam, że jest teraz w sąsiedniej miejscowości w Trento, a do swojego gabinetu w Arco przyjedzie za 40 minut. Spakowaliśmy więc kampera i ruszyliśmy do Arco, na miejscu nie było gdzie zaparkować, więc Magda z ptaszkiem poszła do lekarza, a Tomek pojechał znaleźć jakieś miejsce. Problem polegał na tym, że mieliśmy tylko jeden naładowany telefon, który wzięła ze sobą Magda.
Weterynarz przyjechał na czas, obejrzał zwierzątko i w pierwszej chwili powiedział, że trzeba go wysłać do specjalnej kliniki w Trento, jednak gdy tam zadzwonił i nikt nie odbierał, wpadł na lepszy pomysł. Powiedział, że zawieziemy go do Rivy do człowieka, który zajmuje się ptakami, ptaki to jego życie. Magda szybko przystała na tą propozycję, zostawiła Tomkowi kartkę na drzwiach z informacją, że pojechała z weterynarzem do Rivy i żeby Tomek spróbował jakoś do niej zadzwonić. Po drodze Magda dowiedziała się, że wcale nie ma takiego prawa mówiącego, że tylko publiczny weterynarz może zająć się publicznym zwierzęciem, prywatnemu lekarzowi po prostu się to nie opłacało.
Gdy Magda z lekarzem dojechali na miejsce okazało się, że adres to Localita San Giacomo, nie jest to osobna miejscowość, tylko miejsce w Rivie. Otworzył nam starszy pan i od razu wziął ptaszka do ręki. Mówiąc dużo rzeczy po włosku wprowadził gości do pomieszczenia, gdzie stało kilkanaście klatek z ptakami, w drugim pomieszczeniu, do którego poszliśmy po wytarciu pisklakowi dziobka z krwi, pan pokazywał weterynarzowi jakieś ptasie jajka. Po podłodze chodził sobie piękny biały ptak z okazałym ozdobnym ogonem, gdzieś skakała luzem puszczona zielona papuga... Miejsce niesamowite! Wizyta była krótka, a Magda nic nie zrozumiała oprócz tego, że raczej będzie dobrze:) Gdy schodziliśmy po schodach dogoniła nas ta zielona papuga, najpierw usiadła Magdzie za głowie, a potem zleciała na niższe piętro do swojej pani. Przyszliśmy się przywitać i pożegnać za razem, papuga zaskrzeczała „ciao signora”!
Weterynarz zawiózł Magdę do centrum Rivy skąd doszła na nasz parking, po chwili zadzwonił Tomek (który znalazł liścik i doładował telefon) i po 10 minutach przyjechał.
Cała sprawa zmęczyła nas na tyle, że postanowiliśmy odpuścić sobie dzisiejsze występowanie, pojechaliśmy na parking, który znaleźliśmy wczoraj i zrobiliśmy porządek w domu, gdyż w ciągu ostatnich dni trochę się zapuściliśmy, więc Magda stwierdziła, że najbardziej chce posprzątać;) Potem pojechaliśmy po wodę i zrobiliśmy małe pranie ręczne. Kładąc się spać byliśmy tak zmęczeni, że nawet nie nastawiliśmy budzika...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz