Postanowiliśmy jechać autostradą,
zresztą i tak temperatura powinna wzrosnąć tuż za granicą, gdy
zaczniemy zjeżdżać w kierunku Innsbrucka. Kupiliśmy na stacji
benzynowej winietę, do autostrady mieliśmy kilometr. Ten
kilometr dostarczył nam nie lada stresu, nasz kamper na letnich
oponach, bez ABSów, na ośnieżonym zjeździe zaczął po prostu
się zsuwać. Hamowanie pulsacyjne połączone z hamowaniem silnikiem
na dwójce nie wystarczało, nabieraliśmy prędkości, a Tomek przez
chwilę oczami wyobraźni widział jak zsuwamy się bokiem do rowu...
Na szczęście udało się wrzucić jedynkę i zaczęliśmy hamować.
Po kilkunastu kilometrach po zimie nie
było już śladu, a my mogliśmy spokojnie dojechać do celu. W
Innsbrucku wylądowaliśmy około 15, zaparkowaliśmy w mieście i
poszliśmy dowiedzieć się jak to tu wygląda z legalnością
występowania, jednak urząd w którym takie rzeczy się załatwia
był już zamknięty. Poszliśmy do informacji turystycznej, do
biblioteki, po drodze mieliśmy małą przygodę z podejrzanie
wyglądającym facetem, który porzucił torbę i szybkim krokiem
odszedł – okazało się, że nie była to bomba. Gdy wróciliśmy
do kampera nasz bilecik parkingowy się już skończył, a na nas
czekał mandat... Jako że skończył się nam gaz, musieliśmy
poszukać stacji benzynowej na której można go zatankować, a przy
okazji znaleźliśmy darmowy dostęp do internetu. Nadrobiliśmy
trochę zaległości z blogiem, gdyż prawie zupełny brak sieci we
Włoszech sprawił, że zebrało się dużo gotowych postów do
wystawienia i pojechaliśmy na nasze stare i dobre miejsce parkingowe
przy łące. Niestety sąsiedzi rozpoczęli tam jakąś budowę, więc
jutro rano pewnie obudzą nas hałasy, no ale trudno, i tak nie
planujemy zatrzymać się tu na długo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz